Walka o prawo do spokoju
Mechanizm jest niemal zawsze taki sam: kobieta podejmuje zatrudnienie, zachodzi w ciążę lub dowiaduje się o niej krótko po podpisaniu umowy, a ZUS niemal z automatu kwestionuje zasadność jej ubezpieczenia. Zamiast cieszyć się nowym etapem życia, przyszłe matki muszą udowadniać przed urzędnikami, że ich praca nie była fikcją.
Statystyki kontra życie
To nie są jednostkowe przypadki. Sądy pracy są zalewane pozwami kobiet, które walczą o należne im świadczenia. ZUS często podważa wysokość wynagrodzenia lub sam fakt wykonywania obowiązków, zmuszając kobiety do przedstawiania maili, raportów, a nawet zeznań świadków na okoliczność tego, że... faktycznie pracowały.
System, który działa „pod prąd”
Trudno o większy paradoks. Państwo, które deklaruje chęć podniesienia dzietności, pozwala na to, by jego własne instytucje tworzyły atmosferę niepewności i strachu. Zamiast ochrony socjalnej, kobiety otrzymują wezwania na przesłuchania i miesiące (a czasem lata) batalii o pieniądze, które mają im zapewnić byt w okresie opieki nad dzieckiem.
Pytanie o sens
Czy walka z nielicznymi nadużyciami jest warta systemowego uderzania w tysiące uczciwych kobiet? Wiele z nich po takich doświadczeniach dwa razy zastanowi się, zanim zdecyduje się na kolejne dziecko. „Efekt ZUS” może okazać się skuteczniejszy w hamowaniu dzietności niż jakikolwiek program prorodzinny w jej wspieraniu.