Decyzja o złożeniu wniosku o upadłość to drastyczny krok, który pokazuje skalę problemów, z jakimi borykała się sieć. Choć marka próbowała walczyć poprzez zamykanie nierentownych lokali i optymalizację menu, ostatecznie koszty przerosły zyski.
Co dobiło rybną sieć?
Sytuacja North Fish to splot kilku fatalnych czynników, które w krótkim czasie stworzyły barierę nie do przebicia:
• Drastyczne ceny surowca: Ryby, będące fundamentem menu, podrożały w ostatnich latach rekordowo. Łosoś czy dorsz stały się towarami luksusowymi, co przy modelu „szybkiego jedzenia” uniemożliwiło utrzymanie atrakcyjnych dla klienta cen przy jednoczesnym zachowaniu marży.
• Koszty energii i najmu: Prowadzenie lokali opartych na ciągłym podgrzewaniu i chłodzeniu produktów w najdroższych lokalizacjach (galerie handlowe) przy obecnych stawkach prądu stało się finansowym samobójstwem.
• Zmiana nawyków: North Fish opierał się na kliencie „galeryjnym”. Pandemia, inflacja i rozwój dostaw jedzenia do domu (gdzie ryba w panierce radzi sobie gorzej niż burger) sprawiły, że strefy food court przestały generować tak ogromne zyski jak dawniej.
Co dalej z restauracjami?
Wniosek o upadłość nie zawsze oznacza natychmiastowe zamknięcie wszystkich lokali z dnia na dzień, ale jest jasnym sygnałem dla wierzycieli i rynku, że spółka nie jest w stanie regulować swoich zobowiązań. Najbliższe miesiące pokażą, czy znajdzie się inwestor chętny odkupić markę, czy North Fish na dobre zniknie z mapy Polski, zostawiając puste miejsca w centrach handlowych.
Ostrzeżenie dla branży?
Upadek North Fish to potężne ostrzeżenie dla całej branży. Pokazuje, że nawet bycie liderem w swojej niszy nie gwarantuje bezpieczeństwa w czasach tak nieprzewidywalnych kosztów surowców. Ryba na talerzu staje się symbolem trudnych wyborów konsumenckich – dla wielu Polaków cena za zestaw w North Fish stała się barierą nie do przejścia. Szkoda, bo była to jedna z niewielu marek oferujących realną alternatywę dla wszechobecnych burgerów i kebabów.